wtorek, 14 sierpnia 2012
Druga rocznica
Autor:
Kaziu
o
wtorek, sierpnia 14, 2012
8
komentarze
sobota, 14 sierpnia 2010
Czego lekarz zwykle Ci nie powie.
Odkrycie w pierwszej połowie XX wieku sulfonamidów i penicyliny oraz spektakularne wyniki ich oddziaływania sprawiły, że świat poszedł na łatwiznę i kolosalne zarobki, serwując środki farmakologiczne na niemal wszystkie dolegliwości, “zapominając” o profilaktyce i usuwaniu przyczyn chorób oraz o wzmacnianiu systemu odpornościowego.
Aktualne, konwencjonalne metody leczenia, uznane przez świat lekarski za jedynie słuszne, opierają się na przekonaniu, że przyczyną praktycznie wszystkich chorób są wirusy i bakterie. Należy w związku z tym zabijać je na wszelkie sposoby, najlepiej przy pomocy preparatów chemicznych, które jako pochodzenia nieorganicznego mogą być opatentowane, co pozwala w niektórych przypadkach na kilka rzędów większe zarobki dla producentów, niż wynosi koszt wytworzenia.
Już dawno temu mit ten został obalony przez Maxa von Petterkofera, niemieckiego higienisty, który publicznie wypił znaczną ilość bakterii cholery wyizolowanych z trupów osób zmarłych na tą chorobę. Skończyło się to tylko niewielką biegunką.
Eksperymenty takie przeprowadziło publicznie wielu lekarzy, naukowców i w każdym z tych przypadków w najgorszym razie było rozwolnienie.
Również w Polsce znane są przypadki celowego zarażania się różnymi groźnymi chorobami (np. Joachim Werdin), bez żadnych konsekwencji dla zdrowia.
Tych ludzi łączyło jedno. Byli zdrowi i mieli prawidłowo działający system immunologiczny, dzięki czemu wchłonięte zarazki nie miały warunków sprzyjających ich namnażaniu.
Ale są to informacje nieopłacalne dla „przemysłu chorób”, w związku z czym media, opłacane z reklam, niespecjalnie się tym interesują.
Dłuższe życie i wyeliminowanie wielu epidemii jest zasługą większej higieny i lepszego odżywiania się, a tylko w niewielkim stopniu dzięki rozwojowi medykamentów, z których 87% nie ma dowiedzionej skuteczności.
Dowiedzione są za to różne efekty uboczne i faktem jest, że oficjalną czwartą przyczyną zgonów na świecie są leki.
Interesujące jest również to że średnia życia lekarzy amerykańskich jest prawie o 20 lat krótsza od średniej całej populacji.
Chorobotwórcze bakterie i wirusy praktycznie nie są w stanie rozwijać się w zdrowym organizmie, z prawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym.
A całkowicie zdrowy człowiek jest złym klientem świata medycyny i przemysłu farmaceutycznego.
Żeby temu zaradzić usunięta jest nauka o profilaktyce, która jest bardzo tania i nie daje w związku z tym właściwych profitów oraz usuwane z informacji i zwalczane są wszelkie organiczne (nie podlegające patentowaniu) substancje niezbędne, wspomagające i leczące. Zwłaszcza, że jako naturalne są rozpoznawalne i przyswajalne przez organizm oraz nie dają skutków ubocznych, które dały by następny powód do leczenia.
Większość lekarzy zapomina albo nawet nie wie o tym, że praktycznie wszyscy ludzie są zarażeni różnymi pasożytami, grzybami i pleśniami, jak również są permanentnie zatruwani toksynami wydzielanymi przez w/w, obumierające bakterie, rozkładającym się zalegającym pożywieniem, czy dostającymi się do organizmu z wysoko przetworzonym jedzeniem, niewłaściwej jakości wodą, zanieczyszczonym powietrzem, a nawet z lekami czy szczepionkami.
Grzyby, pleśnie, pasożyty i toksyny, nie tylko osłabiają bardzo mocno system obronny organizmu, ale same również są przyczyną bardzo wielu chorób. Najczęściej są nierozpoznane przez lekarzy, którzy podejrzewając choroby bakteryjne lub wirusowe, przepisują zupełnie niedopasowane leczenie.
Stąd ilość chorób przewlekłych wzrosła wielokrotnie w ostatnich dziesięcioleciach.
Ciekawe wnioski wynikają z doświadczeń niemieckiego doktora Sprehna. Zarażał on nowo narodzone liski kolejnymi robakami. Po trzecim zarażeniu zaczynały chorować. Na zapalenie oskrzeli i płuc. Co by na takie objawy przepisali lekarze?
Nominowana siedmiokrotnie do nagrody Nobla dr Budwig, zwalczana przez oficjalne lobby, miała fantastyczne wyniki. Dzięki kompleksowemu podejściu do przyczyn powstania choroby i osłabienia organizmu.
Nasza polska nieżyjąca już lekarka, dr. Irena Wartołowska, zaczynała leczenie swoich pacjentów od odrobaczenia. Po takiej kuracji w wielu przypadkach nie było już potrzeby dalszego leczenia. Uwolniony od obciążeń i zatrucia organizm sam błyskawicznie zwalczał podstawową chorobę i wszystkie dodatkowe dolegliwości.
Uratowała w ten sposób życie bardzo wielu osób, których przypadki inni lekarze uznali za beznadziejne - w tym choroby nowotworowe i AIDS.
Wnioski płynące z powyższych informacji oraz z wcześniejszych artykułów są bardzo proste i dotyczą każdego człowieka.
Aby być zdrowym należy zwalczyć pasożyty i grzyby, usunąć w miarę możliwości toksyny z organizmu, uzupełnić brakujące organizmowi pierwiastki śladowe, mikroelementy (badanie pierwiastkowe włosów), witaminy (naturalne, a nie ich chemiczne „odpowiedniki”) oraz odżywiać się zdrowo i racjonalnie.
Warto również zadbać o właściwy poziom najważniejszego antyoksydantu i detoksykantu, produkowanego przez każdą komórkę naszego ciała - glutationu.
Sprzyja temu dbanie o własne zdrowie i zwykła serwatka.
Prof. dr Alicja Zobel
Mgr Piotr Waydel
Alicja Zobel jest profesorem Trent University w Ontario, członkiem Nowojorskiej Akademii Nauk, promotorką 62 prac doktorskich i habilitacyjnych, education officer of Women’s Institute (48.000 kobiet w Ontario). Posiada trzy patenty na naturalne związki antyrakowe. Jest edytorem radia Trent i lokalnej telewizji.
Piotr Waydel jest prezesem Fundacji Na Rzecz Promocji Historii Polski i zastępcą Redaktora Naczelneego miesięcznika “Eurogospodarka”. Jest również członkiem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, oraz innych fundacji i stowarzyszeń.
artykuł podobnej treści był opublkowany w miesięczniku Eurogospodarka
Autor:
Kaziu
o
sobota, sierpnia 14, 2010
1 komentarze
Czy wiesz, że…
W ciągu minionych dziesięciu lat odkryto ok. 3,5 tyś. nowych naturalnych substancji leczniczych, a coraz więcej farmaceutyków syntetycznych można skutecznie zastąpić nowoczesnymi preparatami roślinnymi.
Naukowcy pracują nad poznaniem właściwości roślin uznawanych do tej pory za chwasty. Okazuje się bowiem, że mogą one skutecznie pomóc przy niektórych chorobach. Podwyższają bowiem w organizmie poziom interferonu, substancji odpowiadającej m.in. za hamowanie rozwoju wirusów
Autor:
Kaziu
o
sobota, sierpnia 14, 2010
0
komentarze
Woda w butelkach - moda czy konieczność?
Plastikowe butelki z wodą towarzyszą nam na każdym kroku. Nadwyrężając kręgosłupy, znosimy je do domów całymi zgrzewkami. Niedopite butelki z wodą walają się na siedzeniach i podłodze co drugiego samochodu. Małe półlitrowe butelki nosimy ze sobą – na wszelki wypadek – w torbach i plecakach. W każdym kiosku, sklepie, kinie, nawet w księgarniach – wszędzie możemy kupić wodę w plastikowej butelce. Mało tego, fachowcy od reklamy skutecznie nas przekonali, że każda smakuje inaczej. Niepowtarzalnie.
O gustach jednak się nie dyskutuje. Za to można powołać się na fakty. W czasie szczytowej popularności francuskiej wody Perrier w Stanach Zjednoczonych jeden z twórców sukcesu firmy na amerykańskim rynku Bruce Nevins podczas radiowego wywiadu na żywo został poproszony o wskazanie, do którego z siedmiu postawionych przed nim kubków z wodą wlano Perrier. Trafił za piątym razem. O podobny test pokusiła się stacja telewizyjna ABC. Widzów programu „Good Morning America” poproszono o ocenę smaku kilku rodzajów niegazowanej wody stołowej. Niemal połowa biorących udział w tym badaniu wskazała jako najlepszą kranówkę – dokładnie tę z nowojorskiego wodociągu. Jedna czwarta postawiła na popularną w USA Poland Spring. Woda Evian przypadła do gustu tylko 12 procentom widzów.
Podobnych „testów w ciemno” przeprowadzono całą masę i zawsze ich efekty są podobne. Ludzie nie są w stanie odróżnić jednej wody stołowej od drugiej. A z tego wynika, że decydując się na kupno konkretnej marki, nie kierują się smakiem.
Kiedy obrzydła nam kranówka
W 2006 roku Amerykanie wydali więcej pieniędzy na butelkowaną wodę niż na bilety do kina. Łącznie 15 miliardów dolarów. Dzięki temu wspaniałemu osiągnięciu udało im się wyrzucić aż 38 miliardów plastikowych butelek o łącznej wartości około miliarda dolarów. Do wyprodukowania takiej ilości plastiku trzeba było zużyć półtora miliona baryłek ropy naftowej (nie licząc paliwa, które pochłonął jej transport). Jak wyliczył dziennikarz biznesowego magazynu „Fast Company” Charles- Fishman, to wystarczająco dużo, żeby napędzać przez rok sto tysięcy samochodów.
Fishman to znany amerykański autor tekstów demaskujących działania wielkich koncernów. Bestsellerem była jego książka „The Wal‑Mart Effect”, w której opisał sposoby działania największej na świecie sieci supermarketów. W zeszłym roku opublikował obszerny raport na temat rzeczywistych kosztów społecznych i środowiskowych butelkowania wody. Jak to się stało, dopytuje Fishman, że pokolenie wychowane na wodzie kranowej nagle zaczęło kupować miliardy litrów wody w butelkach, mało tego – uczyć nowe pokolenie strachu przed piciem tej niebutelkowanej? Dlaczego jesteśmy gotowi wydawać majątek na produkt, który wciąż możemy mieć niemal za darmo?
W tym miejscu warto zauważyć, że Amerykanie mają bodaj najlepszą, spełniającą wysokie standardy sanitarne kranową wodę na świecie. Wydaje się więc, że powinni mieć o wiele mniejsze średnie zapotrzebowanie na butelkowaną wodę niż na przykład Polacy. Okazuje się jednak, że popyt na butelkowaną wodę zupełnie nie zależy od podaży wody z miejskich wodociągów o tej samej – a czasem nawet wyższej – jakości.
Kiedy Polacy uznali butelkowaną wodę stołową za produkt pierwszej potrzeby? Nie trzeba długo się zastanawiać. Odpowiedź jest nadspodziewanie prosta – zaczęliśmy ją kupować wtedy, kiedy poczuliśmy, że nas na nią stać. Jakość wody kranowej w PRL nie była wyższa od tej, którą mamy dzisiaj, jednak wtedy nikomu nie przychodziło nawet na myśl kupowanie wody stołowej. Owszem, piliśmy butelkowane wody, ale gazowane lub zdrowotne. Kranówka obrzydła nam do reszty dopiero w latach 90. Czy dlatego, że razem ze zmianą ustroju zmienił nam się także smak? Bardzo wątpliwe.
W Polsce zadziałały dokładnie te same mechanizmy, które w latach 70. i 80. wypromowały butelkowaną wodę na Zachodzie. Moda narodziła się na Starym Kontynencie, jednak dopiero za oceanem, dzięki efektowi skali, rozwinęła skrzydła i zmieniła się w niezwykle dochodowy przemysł.
Woda zamiast pepsi
Amerykanów picia butelkowanej wody nauczyli Francuzi. Jeszcze trzydzieści parę lat temu w Stanach Zjednoczonych naprawdę mało kto się domyślał, że butelkowanie zwykłej wody może stać się złotym interesem. Przedstawiciele francuskiej firmy Perrier sprzedającej mineralną wodę ze źródła znanego ponoć już w czasach rzymskich (w okolicach dzisiejszego Nimes) stawiali pierwsze kroki w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 70. Ameryka była idealnym miejscem do ekspansji, bo już wówczas istniał tam wielki rynek napojów gazowanych. Francuzi zaczęli więc od przekonywania, że zamiast coli lub pepsi równie dobrze, a nawet lepiej, jest wypić do obiadu wodę z butelki Perrier.
Zastosowano dobrze przemyślaną strategię marketingową. Żeby na trwałe utożsamić markę ze zdrowym trybem życia, Perrier zaczął sponsorować amerykańskie maratony. Następnym celem strategicznym było skojarzenie wody Perrier z celebrities. Francuski produkt reklamował sam Orson Welles. A Andy Warhol butelki Perriera uwiecznił na plakacie. Sukces był ogromny. W 1978 roku sprzedaż sięgnęła 20 milionów dolarów, następnego roku wzrosła do 60 milionów. Wkrótce na amerykańskim rynku pojawił się Evian. Ta firma jako pierwsza zalała USA wodą w plastikowych butelkach. I tak otworzyły się drzwi dla nowej, gigantycznej gałęzi przemysłu. Dzisiaj Amerykanie piją więcej butelkowanej wody niż kawy, mleka i piwa. Ale nie tylko oni.
Od 1984 do 2005 roku konsumpcja butelkowanej wody na świecie wzrosła aż tysiąckrotnie! I wciąż pnie się w górę. Globalny przemysł butelkujący czystą wodę jest już wielkości połowy globalnego przemysłu produkującego smakowe napoje gazowane. Reklama zrobiła swoje. Woda w butelce okazała się nie tylko zdrowa, ale także trendy-. Przede wszystkim jednak okazała się horrendalnie- droga. Czy wobec tego można ją uznać za towar luksusowy?
Charles Fishman przekonuje, że jak najbardziej. Na dowód podaje przykład z San Francisco. To miasto czerpie wodę ze źródła w Parku Narodowym Yosemite. Jej jakość jest tak wysoka, że nie trzeba jej w ogóle filtrować. Mieszkając we Frisco, wystarczy odkręcić kran, żeby napić się wody wyśmienitej jakości. Tymczasem jak wyliczył amerykański dziennikarz, jedna butelka wody Evian kosztuje tyle, ile jej codzienne jednorazowe napełnianie wodą miejską z wodociągów San Francisco przez… ponad 10 lat.
Miliard ludzi cierpi z pragnienia
Schłodzoną wodę w małej plastikowej butelce Fishman podnosi do rangi symbolu amerykańskiego handlu. Jeśli dobrze się przypatrzeć, trudno odmówić mu racji. Ogromny przemysł wsparty na sprytnych mechanizmach promocyjnych pracuje tylko po to, aby dostarczać ludziom- towar, który mają na co dzień pod ręką – i to setki, jeśli nie tysiące razy taniej. Czy w modelu handlu butelkowaną wodą nie odbijają się jak w lustrze wszystkie grzechy hedonistycznego konsumpcjonizmu naszych czasów? Dlaczego jednak ograniczać tę ocenę tylko do Ameryki? Handel wodą zapakowaną w butelki ma zasięg globalny. Tak samo jak globalny jest problem dostępności wody dla każdego.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) co szósty mieszkaniec naszej planety cierpi z powodu pragnienia i chorób wywołanych spożywaniem zanieczyszczonej wody. To znaczy, że miliard ludzi ma problem z ugaszeniem pragnienia wodą spełniającą podstawowe normy czystości. Jedynie 2 procent z nich żyje w Europie, prawie 30 procent w Afryce i aż ponad 60 procent w Azji. Jaka jest szansa, że butelkowana woda produkowana dla bogatego świata trafi do naprawdę potrzebujących? Niewielka. Sporadyczne akcje humanitarne nie rozwiążą problemu.
Kiedy inni cierpią z pragnienia, my, ludzie bogatszego świata, wybierając wodę do picia, możemy do woli przebierać i wybrzydzać. Oczywiście można się krzywić na takie porównania, a nawet nazywać je demagogią, nie sposób jednak przejść obojętnie obok jednego faktu. Jeśli tylko mamy ochotę, jesteśmy w stanie bez problemu kupić wodę z dowolnego miejsca w swoim kraju, a nawet w tym samym sklepie znaleźć wodę z kilku naprawdę dalekich miejsc na świecie. Zwykle nie mamy czasu zaprzątać sobie głowy myślą o tym, jak długą drogę musiały przebyć niektóre butelki, żeby trafić do supermarketu w naszej dzielnicy. A szkoda. Bo to, z jakiego źródła pochodzi butelkowana woda, jest naprawdę ważne. Ale wcale nie z powodu różnicy w smaku.
Najmodniejsza woda w Stanach Zjednoczonych to dzisiaj FIJI Water reklamująca się hasłem „Untouched by Man” („Nietknięta przez człowieka”). Woda rzeczywiście jest butelkowana na jednej z wysp Fidżi, a jej produkcja sięga około miliona butelek dziennie i trafia głównie na amerykański rynek. W efekcie Amerykanin z Kalifornii łatwiej może ugasić pragnienie czystą wodą wypływającą z tropikalnej dżungli na Fidżi niż mieszkaniec tego kraju. Warto bowiem wiedzieć, że ponad połowa obywateli Fidżi nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej.
Tymczasem najwyraźniej bardziej się opłaca transportować wodę z wysp na dalekiej Oceanii do USA, niż sprzedawać ją na miejscu. Ale to wcale niejedyna droga, którą muszą pokonać butelki FIJI Water. Bo najpierw puste płyną na Fidżi, a później napełnione wodą dopiero płyną z Fidżi. W swoim raporcie Charles Fishman odkrył jeszcze jedną wstydliwą tajemnicę producenta tej wody. Do butelkowania przez 24 godziny na dobę potrzeba dostaw prądu przez 24 godziny na dobę. Niestety, na wyspach Fidżi jest z tym poważny problem, a fabryka nie może sobie pozwolić na przerwy. Stać ją jednak na samo-wystarczalność. Kiedy brakuje prądu, włączają się olbrzymie generatory zasilane… silnikami Diesla, oczywiście na ropę. Ten drobny szczegół nie przeszkadza firmie reklamować swojego produktu jako wody pochodzącej „z miejsca nietkniętego przez człowieka, z samego serca dziewiczego lasu deszczowego, dalekiego od zanieczyszczeń, tysiące mil od najbliższego kontynentu”.
Po publikacji magazynu „Fast Company” kierownictwo FIJI Water wpadło w popłoch. Natychmiast przygotowano kampanię mającą utożsamić markę z ekologią. Silniki spalinowe już w 2009 roku mają zastąpić wiatraki, a ciężarówki rozwożące wodę z Fidżi po Stanach Zjednoczonych będą niedługo jeździły na ekologicznym biopaliwie. Firma zapowiedziała także wymianę butelek i skrzynek na takie, które będą zawierały mniej plastiku. Niesłychane, jaką siłę potrafi mieć słowo. Przymuszona czy nie, ważne, że FIJI Water stanie się bardziej ekologiczna. Jednak główny problem wcale nie tkwi w kilku silnikach spalinowych pracujących w dżungli, ale w odległości. Im dalej trzeba transportować towar, tym większa szkoda dla środowiska związana zarówno ze stratami energii, jak i emisją dwutlenku węgla do atmosfery.
Racjonalny z ekonomicznego punktu widzenia przewóz towarów często z ekologicznego punktu widzenia okazuje się całkowicie irracjonalny i bardzo szkodliwy dla środowiska. Oczywiście nie dotyczy to jedynie transportu butelkowanej wody. Ten przypadek jest jednak szczególnie bulwersujący. Przewożenie na dalekie odległości milionów ton produktów, które w 99 procentach nie różnią się między sobą niczym oprócz opakowania i etykiety, jest wyjątkowo nieetyczne. Dlatego stojąc przed regałem z wodą, warto się zastanowić, jaką drogę musiały pokonać poszczególne butelki, żeby trafić do naszych rąk.
Plastik czy szkło
Kolejny problem ekologiczny związany z butelkowaniem wody to same butelki. Dziś w znakomitej większości produkowane z politereftalanu etylenu (PET), materiału, który sam w sobie nie zatruwa środowiska, bo nie emituje żadnych szkodliwych substancji, ale jego produkcja już owszem. Najgorsze jednak jest to, że opakowania PET w błyskawicznym tempie zaśmiecają świat. Plastikowe butelki są jednym z najbardziej kłopotliwych śmieci dzisiejszych czasów. Ale to nie one są wszystkiemu winne. Opakowania PET podlegają w całości procesowi recyklingu. To my zaśmiecamy środowisko, nie butelki.
W Stanach Zjednoczonych zaledwie 23 procent butelek PET trafia do ponownego przetworzenia. A w Polsce? Optymistycznie szacuje się, że około 17 procent. O wiele lepiej jest w Europie Zachodniej, gdzie śmieci segreguje się na masową skalę, a ponadto wiele butelek PET trafia do ponownego napełnienia. System zwrotnych butelek plastikowych przez pewien czas funkcjonował także w Polsce. Niestety, nie przyjął się. Tymczasem w Niemczech większość napojów dostępnych w sklepach można kupić tylko w opakowaniach zwrotnych – szklanych lub plastikowych. Która butelka jest „bardziej ekologiczna”? Oczywiście każda zwrotna jest o niebo lepsza od jednorazowej – pod warunkiem że nie zostanie od razu wyrzucona do śmietnika. Plastikowa butelka zwrotna jest jednak pięć razy lżejsza od szklanej o tej samej pojemności, a to oznacza, że do jej transportu trzeba wydatkować o wiele mniej energii. Ponadto butelka PET, jako nietłukąca się, ma większe szanse na dłuższe życie niż szklana. Okazuje się więc, że plastikowe opakowania wcale nie muszą być nieekologiczne. Wszystko zależy od sposobu ich wykorzystania.
W Polsce wszystkie opakowania PET są, niestety, jednorazowe. Co z nimi robić? Po pierwsze – i najważniejsze – segregować. Po drugie, obowiązkowo zgniatać przed wyrzuceniem (ci, którzy lubią gadżety, mogą sobie nawet kupić specjalną zgniatarkę). Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba bezwzględnie pamiętać – nigdy nie wolno wyrzucać niezgniecionych i do tego zakręconych pustych butelek! Taki śmieć zajmuje nieproporcjonalnie dużo miejsca do swojej wagi. A opakowania PET są bardzo wytrzymałe (żeby się o tym przekonać, wystarczy spróbować zgnieść zakręconą butelkę pełną powietrza). Jednak najlepszym sposobem na walkę z problemem butelkowanej wody jest po prostu… jej niekupowanie.
Wystarczy bidon i filtr
Na koniec obalimy kilka największych mitów. Zwykła woda butelkowana wcale nie jest lepsza dla zdrowia niż spełniająca normy sanitarne woda kranowa. Nieprawda, że większość rodzajów wód w butelkach ma więcej minerałów od wody, która płynie w wodociągach – wiele sprzedawanych wód źródlanych zawiera o wiele mniej minerałów niż kranówka.
Przekonanie o tym, że o złej jakości wody z wodociągu świadczy kamień osadzający się w czajniku, jest kolejnym stereotypem – miękka woda wcale nie jest zdrowa. Nie warto wierzyć producentom przekonującym, że w ich wodzie nigdy nie ma bakterii. A woda niegazowana nie jest pod tym względem zdrowsza od gazowanej – przeciwnie, w wodzie gazowanej zawsze będzie mniej bakterii, bo zabija je dwutlenek węgla. Popularne wody smakowe nie mają nic wspólnego ze zdrowym trybem życia, są po prostu aromatyzowane. Tymczasem przepisy nie pozwalają na aromatyzowanie prawdziwej wody mineralnej (dobra woda mineralna to taka, która zawiera w jednym litrze co najmniej od 50 do 100 miligramów magnezu i powyżej 150 miligramów wapnia, przy czym wapnia powinno być co najmniej dwa razy więcej niż magnezu).
Mało kto zdaje sobie sprawę, że normy sanitarno‑chemiczne dla butelkowanych wód źródlanych są identyczne jak normy każdej innej wody przeznaczonej do spożycia, a więc także tej płynącej prosto z kranu. Tak naprawdę od zwykłej kranówki wyczuwalnie różnią się tylko prawdziwe wody mineralne. Tych jednak na rynku jest mniejszość.
Spośród kilku setek wytwarzanych w Polsce wód butelkowanych prawie 30 można nazwać mineralnymi. Kupowanie pozostałych tak na-prawdę mija się z celem, ponieważ niczym (poza ceną) nie różnią się od dobrej kranówki. Choć trzeba przyznać, że jakość wody w polskich wodociągach w wielu miastach pozostawia wiele do życzenia. Jak w tej sytuacji można namawiać ludzi do rezygnacji z kupowania bezpiecznej, butelkowanej wody stołowej? Zwyczajnie. Aby uzdatnić wodę z kranu, wystarczy przepuścić ją przez filtr domowego użytku. Jeśli chcemy być ekologiczni, rezygnujmy z kupowania wody nabitej w butelkę. Zamiast góry niepotrzebnego plastiku wystarczy jeden dobry bidon.
Arkadiusz Bartosiak
Autor jest redaktorem serwisu ekologicznego Wiecejtlenu.pl
“Przekrój” nr 17-18/2008
Autor:
Kaziu
o
sobota, sierpnia 14, 2010
1 komentarze
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Czy paracetamol jest bezpieczny?
To jest a propos wcześniejszego artykułu. Jest to dla tych, którzy codziennie zażywają leki przeciwbólowe, uznając je za bezpieczne.
Choć acetaminofen (paracetamol) jest jednym z najczęściej stosowanych leków na świecie, mało kto zdaje sobie sprawę z jego działań ubocznych. Na szczęście, jak zapewniają badacze z Uniwersytetu Stanu Północna Karolina, prosty test może już niedługo pozwolić na wytypowanie osób zagrożonych zatruciem.
Toksyczność paracetamolu staje się szczególnie wyraźna po przyjęciu wysokich dawek leku lub połączeniu go z alkoholem, lecz u 1/3 osób nawet standardowa dawka może spowodować podniesienie poziomu enzymów świadczących o uszkodzeniu wątroby. Dotychczas nie było wiadomo, dlaczego tak się dzieje. Dzięki zespołowi prowadzonemu przez dr. Davida Threadgilla zostały poznane nowe fakty, sugerujące wyraźny wpływ czynnika genetycznego.
Do badania wykorzystano wysoce zróżnicowaną populację myszy. Zwierzętom podawano różne dawki acetaminofenu, a następnie poszukiwano korelacji pomiędzy reakcją na lek oraz sekwencją ich DNA. Wykazano w ten sposób, że toksyczność paracetamolu może wynikać z drobnej różnicy w genie CD44, kodującym białko odpowiedzialne za interakcje międzykomórkowe.
Kolejnym etapem studium była ocena sekwencji ludzkiego wariantu genu CD44. W tym przypadku również wykazano istotną zależność reakcji na lek od badanej sekwencji DNA. Niestety, dotychczas nie udało się jednak ustalić dokładnego mechanizmu prowadzącego do uszkodzenia komórek wątroby.
Wyniki uzyskane przez zespół dr. Threadgilla rodzą nadzieję na opracowanie prostego testu genetycznego, którego zadaniem byłaby ocena ryzyka niepożądanej reakcji na acetaminofen. Osoby, u których stwierdzi się niebezpieczeństwo zatrucia, mogłyby dzięki temu wybrać inną, bezpieczniejszą terapię.
Jednoczesne przyjmowanie acetaminofenu (paracetamolu) z alkoholem jest jedną z najczęstszych przyczyn występowania marskości wątroby. Co ciekawe jednak, bezpośrednią przyczyną zmian chorobowych nie jest toksyczność obu tych substancji, lecz wywołany przez nie stan zapalny. Na szczęście okazuje się, że jego intensywność można skutecznie ograniczyć za pomocą… zwykłej aspiryny.
O odkryciu donoszą badacze z Uniwersytetu Yale. Jak pokazały przeprowadzone przez nich testy na myszach, marskość wątroby występująca po równoczesnym podaniu paracetamolu i etanolu jest wywołana napływem komórek odpornościowych i rozwojem ostrego stanu zapalnego w miąższu tego organu. Zjawisko to może być zaskakujące, gdyż acetaminofen jest jednym z najczęściej stosowanych leków przeciwzapalnych.
Obserwowane procesy są zależne od tzw. receptorów TLR, uruchamiających jeden z najprymitywniejszych, lecz także najszybszych szlaków obrony immunologicznej. Badacze z Uniwersytetu Yale udowodnili, że substancje zdolne do blokowania aktywności receptorów TLR, czyli ich antagoniści, skutecznie ograniczają ryzyko związane z przedawkowaniem acetaminofenu i alkoholu.
Co ciekawe, udowodniono też, że uszkodzenie wątroby można znacznie zmniejszyć podając niskie dawki aspiryny - leku wielokrotnie tańszego od antagonistów TLR i działającego na nieco innym etapie łańcucha sygnałów prowadzących do rozwoju zapalenia.
Dr Wajahat Mehal, główny autor studium, podkreśla możliwość praktycznego wykorzystania zdobytej wiedzy: nasza strategia jest taka, by używać aspiryny codziennie w celu zapobiegania uszkodzeniom wątroby, lecz jeśli do niego dojdzie, podawać antagonistów TLR w celu jego wyleczenia.
Środowisko lekarskie przyjmuje pomysł dr. Mehala z rezerwą. Wielu ekspertów, m.in. członkowie zrzeszającej hepatologów organizacji British Liver Trust, przestrzega, by na wszelki wypadek zgłaszać przedawkowanie paracetamolu lekarzowi. Inni przypominają, że choć aspiryna rzeczywiście poprawia wiele funkcji ludzkiego organizmu, przewlekłe stosowanie niektórych zawierających ją preparatów mogą powodować uszkodzenie śluzówki żołądka.
Na podstawie artykułów Wojciecha Grzeszkowiaka
Autor:
Kaziu
o
poniedziałek, czerwca 29, 2009
2
komentarze
niedziela, 28 czerwca 2009
WIELKA FARMACJA III
Zastanawiałem się kiedyś dlaczego niektórzy lekarze – leczący przyczyny- ( a jest ich mała garstka może zaledwie kilku) , mający olbrzymie efekty w leczeniu chorób ( nowotworowych, nadciśnienia, cukrzycy, łuszczycy) są tak nie lubiani przez innych a szczególnie tych z tytułami. Dziś wiem już na pewno – oni leczą, a pozostali nie robią niestety na tym biznesu. Bo jak maja robić jak nie korzystają z farmaceutyków i zdrowieją . Kanadyjski lekarz dr Joel Lexin powiedział; „ Zarówno instytucje rządowe, jak i zorganizowana medycyna stały się niewolnikami na usługach przemysłu farmaceutycznego”. Mówi się dużo o postępie medycyny, o jej rozwoju, ale czy ona idzie we właściwym kierunku? Kiedy rozpatruje się argumenty, którymi posługują się lekarze leczący przyczyny, rzuca się w oczy niezadowolenie i bezsilność wywołane rozmiarem wpływu, jaki wywierają na medycynę korporacje farmaceutyczne. Skąd to się wzięło? Przecież ktoś musiał na to zezwolić. Przecież dziś uleczalne stało się nieuleczalne a medycyna rozdzieliła się na dwa obozy – medycynę biochemii oraz „chemicznych substancji”
To przemysł farmaceutyczno – medyczny ma kontrolę nad rynkiem leków o czym świadczą wyśrubowane ceny. Ten przemysł nie zna pojęcia kryzys – lekarze już o to zadbają. Przemysł ten decyduje za nas o wyborze lekarza ( do „innego” musimy przecież dopłacać) oraz wybiera leki, które mają nas niby leczyć. Wyboru terapii i leków dokonuje za nas farmaceutyczno – medyczny kartel. Stworzył nawet w tym celu własne protokoły leczenia i listę. Oficjalną, ma się rozumieć. A na niej, jak zwykle co roku nowe pozycje leków z myślą o zdrowiu pacjenta. Stare znikają po to, by ustąpić miejsca niby tym lepszym i skuteczniejszym – lekom tzw. „nowej generacji”.
Jako typowy przykład propagandy sukcesu pod kryptonimem „nowa generacja” może posłużyć bezreceptowy lek pod nazwą TYLENOL oraz jemu podobne, zawierające w swoim składzie acetaminofen ( paracetamol). Wypierając z rynku popularne i szkodliwe „ z krzyżykiem” (fenacetyna), mają niby na celu zmniejszenie degeneracji wątroby i nerek, co „odkryte” zostało po wielodekadowej obecności tabletek „ z krzyżykiem” w aptece no i oczywiście w każdym kiosku. Jednym słowem, jako leki „nowej generacji”, maja po prostu wykazywać korzystniejsze działanie od pop[przednich, a ponad wszystko, być bezpieczne. Zmiana orientacji „naukowego” myślenia, jako preludium wymiany leku na nowszy, jest typowym działaniem Wielkiej Farmacji w przypadku zbyt widocznej jego szkodliwości lub kończącej się ochrony patentowej.
W sukurs promocyjnej akcji rynkowej przychodzi wówczas „ naukowy” marketing.
„Hit” przybiera postać „nowej generacji” a jego działanie jawi się jako lepsze i bezpieczniejsze. Tak przynajmniej sugeruje kolejny medyczny „ekspert”, tym razem na łamach tygodnika „Życie na gorąco” w kąciku „Medycyna na co dzień” (2004). „W trosce o nasze zdrowie korzystajmy z leków nowszej generacji, których skuteczność i bezpieczeństwo potwierdzono wieloma badaniami naukowymi”. To tyle, jeśli chodzi o medyczna poradę gazetowego lekarza, której udzielił cierpiącemu na bóle głowy czytelnikowi korzystającemu z porad spod znaku medycznego obiektywizmu. Apap, Advil, Ibuprofen oraz kilka innych nazw leków „nowszej generacji” to jego terapeutyczne propozycje przy chronicznym bólu głowy?!
A co na temat propozycji „eksperta” mówią inni?
Jeden z nich mówi o 24 przypadkach śmiertelnych z powodu nieostrożnego podania Tylenolu dzieciom. Naukowcy z Londynu udokumentowali związek jaki zachodzi między częstotliwością zachorowań na astmę a przyjmowaniem acetaminofen.
Ci, którzy zażywają leki zawierające acetaminofen codziennie, mają o 138% większą szansę, by stać się astmatykami, natomiast u zażywających tego rodzaju leki raz w tygodniu ryzyko astmy wzrasta „jedynie” o 79%..
Acetaminofen kojarzony jest również z alergiami i egzemą, poprzez jego destruktywne działanie na składową 3 aminokwasów, zwana glutationem (GSH). I tu dochodzimy do kolejnego ryzyka wynikającego z nieostrożnego (dzięki agresywności reklam sprawiających wrażenie farmaceutycznej niewinności) zażywania tego rodzaju leków.
Tym ryzykiem jest choroba nowotworowa, która może mieć miejsce jako następstwo zniszczenia glutationu. Jego zaniżony poziom wykazują wszyscy bez wyjątku chorzy na raka, reumatyzm i wiele innych chorób przewlekłych. Powód? GSH jako jeden z najważniejszych składników wątroby, bierze udział w procesie eliminacji wprowadzanych do organizmu nieorganicznych trucizn. Największe jego ilości można znaleźć w jajkach i mięsie, okrzyczanych „trucizną” przez dietetycznych „ekspertów”. Oczywiście oba te produkty nie mogą być wysoce przetworzone.
Bibliografia:
Jerzy Maslanski "Od lekarza do grabarza"
Autor:
Kaziu
o
niedziela, czerwca 28, 2009
0
komentarze
środa, 25 marca 2009
...płacisz za leczenie swoich chorób".
Witaj ,
Czytelniku! Stwierdzenie, że gram leczenia jest droższy niż kilogram
profilaktyki jest znane już wielu osobom od dłuższego czasu. Może
wyjaśnię w skrócie, dlaczego tak jest.
Profilaktyka zdrowotna - działania mające na celu zapobieganie chorobom,
poprzez ich wczesne wykrycie i leczenie.
Czytając dalej działy Wikipedii, możemy odnaleźć również
inne definicje:
profilaktyka wczesna - utrwalanie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia
profilaktyka pierwotna (I fazy) - zapobieganie chorobom poprzez
kontrolowanie czynników ryzyka
profilaktyka wtórna (II fazy) - zapobieganie konsekwencjom choroby poprzez jej wczesne wykrycie i leczenie (przesiewowe badanie skriningowe)
profilaktyka III fazy - zahamowanie postępu choroby oraz ograniczenie
powikłań
Jak widać, rozróżniamy wiele naukowych typów profilaktyki. Czym jednak
ona jest, odnosząc się do przysłowia przytoczonego przeze mnie na
początku. Można powiedzieć, że inwestujemy codziennie jakąś drobną
złotówkę dbając o nasze zdrowie, co powoduje, że przez nasze całe życie
jesteśmy zdrowi i nie marnujemy pieniędzy na leczenia.
Czym jest leczenie?
Leczenie, terapia - szereg czynności medycznych, z użyciem stosownych
leków i aparatury, zmierzających do przywrócenia równowagi (homeostazy)
organizmu dotkniętego chorobą lub kalectwem.
Jak widać definicja leczenia (także z Wikipedii), mówi już sama za
siebie, z czym w szczególności wiąże się leczenie. Przeczytaj definicję
leczenia jeszcze raz i zwróć uwagę na wszystkie pojawiające się tam wyrazy. Każdy z nich kojarzy się z długotrwałymi działaniami oraz ogromnymi kosztami.
Czytelniku, nie myśl sobie, że chcę namawiać Cię dzisiaj do profilaktyki.
Chciałem, abyś po prostu poznał tą ogromną różnicę, pomiędzy leczeniem a
profilaktyką. Osobiście stosuję w całej swojej rodzinie codzienną
profilaktykę już od 8 lat. Myślę, że jak dla mnie to jest dość długo.
Autor:
Kaziu
o
środa, marca 25, 2009
0
komentarze
Hmmmm
O mnie
- Kaziu
- KONIN, WIELKOPOLSKIE, Poland
- To jest moja strona na której będę opisywał moje zainteresowania i komentarze do różnych wydarzeń oraz moje przemyślenia A kiedy wejdziesz na poniższy link strony Amway i będziesz chciał pobuszować to strona dla gości jest dla Ciebie, tylko musisz zastosować klucz wpisując: kaziu53
